A to nieprawda. Nie wystarczy sama wiedza. Niezbędne jest działanie.

Wiele razy złapałem się na tym, że coś wymyślam, opowiadam o tym znajomym i bliskim, a potem mija kilka miesięcy, a ja mam opracowane logo, prostą stronę www i niewiele poza tym. Jednocześnie w mojej głowie mam poczucie – i to jak realistyczne! – że ten biznes już funkcjonuje. I całkiem nieźle się rozwija!

Zastanawiałem się kiedyś, czy coś jest ze mną nie tak. Udałem się do psychologa i opowiedziałem, że mam tendencję do zaczynania wielu przedsięwzięć równolegle, bo wydaje mi się, że to wspaniałe pomysły i chcę (i potrafię!) je wszystkie zrealizować od A do Z. Opowiedziałem, że zaczynam prace nad jakimś pomysłem, ale nie umiem go porządnie dokończyć. Po drodze wpada mi do głowy coś nowego – lepszego! – więc porzucam pomysł nr 1, by zająć się pomysłem nr 2. Tak jest oczywiście do momentu, gdy wpadnę na pomysł nr 3.

Psycholog doszedł do wniosku, że jestem uzależniony od odczuwania swojego rodzaju ekscytacji i przypływu adrenaliny, które wiążą się z nowymi pomysłami. Bo faktycznie jest tak, że gdy pojawia się jakiś wspaniały, świeży pomysł, to mamy tendencję do odczuwania dużej przyjemności z samej wizji, jaka się z nim wiąże. Wyobrażamy sobie, że dany pomysł przekuwamy w biznes. Widzimy już działający produkt lub usługę. Mamy wielu zadowolonych klientów. I, rzecz jasna, mnóstwo pieniędzy.

Wielu z nas myśli ponadto, że warto podzielić się swoimi celami i planami, bo wtedy znajomi i rodzina będą nas zachęcać do ich realizacji i wspierać. Albo że to dobra praktyka do rozmów z nieznajomymi, bo w ten sposób – jeśli podzielimy się pomysłem – być może uda nam się pozyskać kontakt do osoby, która będzie w stanie pomóc w realizacji, dysponując potrzebnymi i szukanymi przez nas kompetencjami.

Albo inny powód: niektórzy wierzą w „prawo przyciągania” , wychodząc z założenia, że należy mówić jakie mamy intencje i wizualizować swój cel jako coś, co już zrobiliśmy. Tacy ludzie wierzą, że podejście tego rodzaju sprawi, że dany pomysł skrystalizuje się w rzeczywistości.

Praktyka pokazuje, że jest zupełnie inaczej.

Okazuje się, że mój problem wcale nie jest wyjątkowy. Co więcej, okazuje się, że nie powinieneś (i ja też nie powinienem) ogłaszać swoich planów i celów w nadziei, że znajomi będą cię później zachęcać do ich realizacji.

Znajomi raczej będą podchodzić do twoich planów pesymistycznie. Mogą zakładać, że nie ukończysz swojego projektu i przy każdej okazji dopytywać, jak ci idzie, niejako po to, aby cię zdenerwować (sami wówczas pocieszają się faktem, że nie zabrali się za dany projekt – widzą, że tobie nie wychodzi, więc cieszą się, że nie zmarnowali czasu i nie robili tego samego). Mogą też przewidywać, że nawet jeśli stworzysz dane rozwiązanie, to nie znajdziesz klientów. A jeśli ich znajdziesz – projekt nie zyska wystarczająco dużego rozgłosu i nabywców, aby okazać się rentownym. I nawet jeśli i tutaj będą się mylić, na koniec dnia mogą stwierdzić, że stworzyłeś dany biznes i odniosłeś sukces, bo… większość klientów ma fatalny gust i zadowala ich niski standard.

A wszelkiego typu afirmacje? Wizualizowanie sukcesów i mowy motywacyjne?

Afirmowanie nie działa. Sorry, ale samo się nie zrobi!

Ludzie będą ludźmi, dlatego dobrze się zastanów, zanim z kimś podzielisz się swoimi planami. Nie w obawie przed tym, że znajomy podkradnie ci pomysł. Bardziej dlatego, że ludzie lubią się ponabijać, ponaśmiewać i bezpodstawnie krytykować czyjeś aspiracje. Lepiej nie mówić o tym, co zamierzasz zrobić, pozwalając, aby później to twoja praca mówiła sama za siebie.

Tak też zacząłem postępować kilka miesięcy temu i postępuję do dzisiaj. Obecnie rzadko zdarza się, abym o czymś opowiadał i zdradzał swoje pomysły. Na pytanie o to, czym się zajmuję i jak idzie rozwój firmy, odpowiadam: „Jest OK”.

Co ważniejsze, wcale nie jestem wyjątkiem.

1933 rok

Testy na temat tego, co opisałem, były wykonywane już od 1933 r. Okazało się, że ludzie, którzy zdradzają swoje intencje i plany, mają mniejsze szanse na to, że faktycznie je zrealizują.

Ogłaszanie swoich celów zaspokaja twoją tożsamość na tyle, że jesteś mniej zmotywowany do wykonania ciężkiej pracy, jaka się z nimi wiąże. W 1993 r. badacz W. Mahler odkrył, że jeśli dana osoba ogłosi swoje rozwiązanie dla danego problemu, a w dodatku usłyszy od innych, że to faktycznie ciekawy pomysł, to w mózgu tej osoby pojawia się coś, co zostało określone jako „rzeczywistość społeczna” – ta osoba odnosi wrażenie, że dana rzecz już istnieje i działa. I że w pełni funkcjonuje w społeczeństwie.

Prof. psychologii Peter Gollwitzer z Nowego Jorku studiuje problem związany z nieumiejętnością kończenia projektów od 1983 r. W swojej książce „Symbolic Self-Completion”, jak również w artykule opisującym wyniki przeprowadzonych badań, „When Intentions Go Public: Does Social Reality Widen the Intention-Behavior Gap?”, Gollwitzer dzieli się wynikami czterech różnych testów przeprowadzonych na 63 osobach.

Wyniki badań pokazały, że ludzie, którzy NIE dzielili się swoimi planami z innymi, byli bardziej skłonni je później wykonać niż ci, którzy je upublicznili i kiedy ich pomysły zostały uznane przez innych za dobre i warte realizacji.

Kiedy zdradzisz innym swoje zamiary, daje ci to „przedwczesne poczucie spełnienia”.

Każdy z nas ma w mózgu coś, co psycholodzy nazywają „symbolami tożsamości”, które tworzą twój własny obraz w twojej głowie. Co jednak najważniejsze, takie symbole tożsamości tworzone są w mózgu nie tylko przez samo działanie, ale też przez mówienie o działaniu. I to mówienie satysfakcjonuje mózg na tyle, że zaniedbuje on później pogoń za dalszymi symbolami tożsamości. Inaczej mówiąc, powiedz sobie i innym, że np. będziesz autorem książki i napiszesz powieść sci-fi, a twój mózg uwierzy w to na tyle, że uzna, iż praca nad samą książką nie jest już potrzebna, bo tak w zasadzie to już jesteś tym autorem. Właśnie do takich wniosków doszedł prof. Gollwitzer w swoich badaniach.

Kolejny test wykazał z kolei, że jeśli chcemy wprowadzić jakieś zmiany, to o wiele trudniej robi się wtedy, gdy wiążą się one nie z jednym, ale kilkoma różnymi działaniami. Dobrym przykładem jest utrata wagi. Każdy doskonale wie, że jeśli chcemy schudnąć, to musimy mniej jeść i więcej się ruszać. Wystarczy jednak, że zaczniemy się lepiej odżywiać (np. spożywać zdrowsze posiłki i jeść nieco mniej), przez co osiągniemy już jeden cel cząstkowy, aby inne ważne cele cząstkowe (np. więcej ruchu) zostały zaniedbane. Działa tutaj to samo zjawisko, określone przez prof. Gollwitzera, czyli „symbole tożsamości”. Osoba, która zaczyna np. ćwiczyć, mając w swojej głowie utratę wagi, może dalej się fatalnie odżywiać i jeść za dużo, a osoba, która zmieni dietę na zdrowszą, może kompletnie zaniedbać ruch i aktywność fizyczne. Ci ludzie, w swoich głowach, będą już odczuwać sukces, mimo że go nie osiągnęli. I żadne afirmacje nie mają tutaj znaczenia. To raczej zaburzenia.

Moja rada? Moja rada jest taka sama, jak autora wspominanych badań. Choć wydaje się to mało intuicyjne i nienaturalne, zachowuj swoje plany prywatne dla siebie. A jeśli już musisz o czymś opowiedzieć przyjacielowi czy żonie, nie mów tego w postaci „satysfakcji” (np. „Mam zamiar wbiec na szczyt Śnieżki bez żadnego przystanku i przerwy na złapanie oddechu!”), lecz „niezadowolenia” („Usiłuję zgubić 20 kg nadwagi, więc proszę kopnij mnie w tyłek, jeśli mi się nie uda, OK?”).

0